Przejdź do głównej zawartości

 

Rudolf Weigl (1883–1957) – „drogocenna” szczepionka

Kiedy niedługo po wybuchu I wojny światowej doktor Rudolf Weigl, młody utalentowany biolog zatrudniony w pracowni mikrobiologii szpitala wojskowego w Przemyślu, zapragnął rozpocząć badania nad tyfusem plamistym, jego szef, profesor Filip Eisenberg nie był zadowolony. Wiadomo było, że tę chorobę przenoszą wszy odzieżowe, więc Weigl wpadł na pomysł, żeby pobierać materiał do szczepionki od zakażonych insektów. Eisenberg wątpił w powodzenie metody – po pierwsze, zakażonych wszy Weigl nie miał wystarczająco dużo, a można je było wówczas pozyskiwać wyłącznie od chorych na tyfus; po drugie, wszy żyją krótko, a po trzecie – siebie nawzajem wszy jakoś nie chciały zakażać. „To trzeba im to będzie do du**…, …do zadniego otworu wstrzyknąć”. To wymagało użycia niezwykle cienkiej, niewiele grubszej od ludzkiego włosa rurki, za pomocą której pod mikroskopem wprowadzano do jelita wszy kroplę zakażonego płynu. Wcześniej trzeba jednak było te wszy wykarmić – zajmowały się tym setki ludzi. W czasie II wojny światowej byli wśród nich polscy intelektualiści i ludzie zaangażowani w działalność konspiracyjną, którym praca w instytucie Weigla we Lwowie gwarantowała bezpieczeństwo. 

„Prawdziwy” Polak?

Kiedy o profesorze Weiglu przeczytałam po raz pierwszy w internecie, trochę niechcący zerknęłam na komentarze pod artykułem. Na szczęście przeważały te pozytywne, pełne uznania dla wybitnego naukowca, jednak nie brakowało i takich: „Tiaa, jaki tam z niego Polak! Zwłaszcza nazwisko polskie, he, he, he”. Tych ostrzejszych wypowiedzi piewców „prawdziwej polskości” nie zacytuję, by nie psuć wam nastroju. No więc tak, Rudolf Weigl był Polakiem, choć, jak to się mówi, w jego żyłach nie płynęła polska krew. Urodził się w czeskim mieście Przerowie, a jego rodzice byli Austriakami. Po tragicznej śmierci męża pani Weigl z pięcioletnim Rudolfem i jego rodzeństwem przeniosła się do Wiednia. Tam poznała polskiego nauczyciela Józefa Trojnara, którego poślubiła. Państwo Trojnarowie sporo podróżowali po Galicji, bo ojczym Rudolfa pracował tam w kilku miastach powiatowych. W końcu awansował na stanowisko dyrektora gimnazjum w Stryju, mieście w obwodzie lwowskim – to tam Rudolf Weigl dorastał i chodził do szkół. Trojnar nawiązał z pasierbami bliską relację - dzięki niemu Rudolf szybko nauczył się języka polskiego i zafascynował się polską historią i kulturą tak bardzo, że do końca swoich dni uważał się za Polaka.

Po maturze młody Weigl przeniósł się do Lwowa, gdzie rozpoczął studia na Wydziale Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Jana Kazimierza. Po studiach dość szybko się doktoryzował, a w 1913 uzyskał stopień doktora habilitowanego. W 1914 roku, na początku I wojny światowej, został przydzielony do pracowni Eisenberga w Przemyślu. Niedługo potem wybuchła epidemia tyfusu plamistego – choroby, która zawsze pojawiała się tam, gdzie panowały bieda, brud i niedożywienie. Szczególnie bezlitośnie tyfus plamisty atakował osłabionych innymi chorobami żołnierzy, przebywających w błotnistych okopach w towarzystwie wszy i szczurów.

 

Rudolf Weigl, domena publiczna

Genialna metoda

W badaniach nad tyfusem plamistym pierwszy poważny przełom nastąpił w 1909 roku, kiedy francuski bakteriolog Charles Nicolle odkrył, że jest on przenoszony przez wszy odzieżowe – za to dokonanie uczony otrzymał Nagrodę Nobla w 1928 roku. W Przemyślu Weigl rzucił się w wir badań nad mechanizmem zakażenia i nad wytworzeniem szczepionki. I właśnie wtedy wpadł na pomysł, by jako naturalną pożywkę biologiczną wykorzystać wszy. Badania rozpoczęte w Przemyślu kontynuował po I wojnie światowej we Lwowie, w założonym przez siebie Instytucie nad Tyfusem Plamistym i Wirusami, funkcjonującym w ramach Zakładu Biologii Ogólnej Uniwersytetu Jana Kazimierza. Opracowana przez niego metoda składała się z kilku etapów. Najpierw zdrowe wszy trzeba było podtuczyć – to zadanie karmicieli, którym przypasywano do uda (lub obu ud) specjalne drewniane klateczki z insektami. Przez drobną siateczkę, wykonaną z gazy młyńskiej i stanowiącą jedną ze ścianek każdej klatki, owady wgryzały się w skórę karmiciela i wysysały jego krew. Klateczki musiały oczywiście być skonstruowane tak, by wszy nie mogły z nich czmychnąć na zewnątrz. Insekty ssały krew przez około 45 minut raz dziennie, przez 12 dni. Pogryziona przez insekty skóra swędziała i piekła, więc klatki na obu udach, w dodatku w dwóch rzędach, nosili ci najbardziej wytrzymali.


Następny etap należał do strzykaczy i preparatorów. Ci pierwsi wstrzykiwali do jelit wykarmionych owadów – przez, jak to ładnie określił doktor Weigl, „zadni otwór” – zarazki tyfusu, a następnie zakażone insekty karmili na sobie przez kolejne pięć dni. Preparatorzy zaś z maleńkich odwłoków wszy wydobywali zakażone jelita. Wiśta wio, łatwo powiedzieć! Wyobrażacie sobie, jak to robili z tak małymi owadami? Aby móc cokolwiek wszom wstrzyknąć, trzeba je było najpierw unieruchomić – w tym celu Weigl skonstruował specjalne imadełko, złożone z 20 klawiszy, między którymi umieszczano insekty odwłokiem na zewnątrz. Imadełko lądowało pod mikroskopem, dzięki czemu za pomocą cieniuteńkiej szklanej rurki można było wstrzyknąć zakażony płyn. Ponieważ zakażone wszy trzeba było ponownie podkarmić, strzykacze otrzymywali wcześniej szczepionkę Weigla. Profesor Wacław Szybalski, wybitny polski genetyk, który jako student pracował w instytucie Weigla we Lwowie, pisał w swoich wspomnieniach, że karmienie zakażonych wszy świadczyło o skuteczności szczepionki, ponieważ nie wystąpił żaden poważny przypadek tyfusu wśród strzykaczy.

Wycięte przez preparatorów zakażone jelita przenoszono do moździerzy, tam zalewano je fenolem, a uzyskaną zawiesinę umieszczano w ampułkach. Szczepionka była przygotowywana w trzech różnych stężeniach. Cykl szczepienia składał się z trzech zastrzyków, wykonywanych z wzrastającym stężeniem w odstępach jednotygodniowych i liczących, według profesora Szybalskiego, w sumie 90 zakażonych jelit wszy.

Do pracowni Weigla przyjeżdżali najwybitniejsi uczeni: biolodzy, wirusolodzy, epidemiolodzy, m.in. sam Charles Nicolle, by zapoznać się z metodą polskiego naukowca. Do grona biologów najściślej współpracujących z profesorem we Lwowie należała Zofia Kulikowska, która w 1921 roku została jego żoną. Była ona jedną z pierwszych karmicielek wszy. Zapotrzebowanie na ludzi pełniących tę ważną funkcję nieustannie wzrastało i, co łatwe do przewidzenia, zwiększyło się podczas kolejnej wielkiej wojny. Wcześniej jednak, już na początku lat 30. XX wieku, szczepionka Weigla przeszła kilka udanych testów, m.in. wśród misjonarzy pracujących w Chinach oraz Chińczyków. Jeden z zakonników po latach pisał, że polska szczepionka uratowała tam życie tysiącom ludzi.

Tutaj będzie bardzo ważna część tej historii

Od września 1939 roku do czerwca 1941 roku Lwów był pod okupacją sowiecką. Instytut został wówczas znacznie rozbudowany, by mógł produkować szczepionkę na potrzeby Armii Czerwonej. Kiedy do miasta wkroczyli Niemcy, do Rudolfa Weigla przyszedł specjalny wysłannik Himmlera Fritz Katzman, dowódca SS i policji w Dystrykcie Galicja, który zaproponował mu podpisanie volkslisty – niemieckiej listy narodowościowej. Co do tego, że Weigl odmówił, żaden jego biograf nie ma wątpliwości. Powód? On, Rudolf Weigl już dawno temu wybrał swoją ojczyznę. W dalszej części rozmowy, według różnych wersji, Katzman albo kusił uczonego własnym instytutem naukowym w Berlinie, albo sugerował, że jeśli nie podpisze listy, może go czekać ten sam los co kilkudziesięciu innych lwowskich profesorów zamordowanych przez Gestapo w lipcu 1941 roku. Odpowiedź, którą według kilku relacji usłyszał wówczas Katzman, mogła wprawić go w zdumienie: życie stało się dla Weigla tak nieznośne, że proszę bardzo, mogą go zabić – w ten sposób ułatwią mu zadanie, bo planował zrobić to sam.

Trudno było zastraszyć profesora, a jego wiedza i dokonania były dla Niemców wyjątkowo cenne. Instytut działał na pełnych obrotach, zatrudniał coraz więcej osób, a sam Weigl otrzymał pełną swobodę w zakresie organizacji pracy zakładu. Praca w instytucie chroniła przed wywózką na roboty do Niemiec; odpowiednie zaświadczenie wyciągało też z rąk Gestapo na wypadek ulicznej łapanki.

Produkcja szczepionki odbywała się w kilku działach: hodowli wszy zdrowych, zakażalni i hodowli wszy zakażonych, preparatorni oraz wytwórni zawiesiny szczepionkowej. W instytucie funkcjonował także dział naukowo-badawczy oraz dział bakteriologii ogólnej, w którym oficjalnie pracowało m.in. dwoje żydowskich bakteriologów – doktor Henryk Meisel i jego żona doktor Paula Meisel, którzy na początku niemieckiej okupacji trafili do lwowskiego getta. To Weigl przekonał Niemców, że Meislowie są w instytucie niezbędni. Dzięki temu codziennie na kilka godzin opuszczali oni getto i pod eskortą uzbrojonego strażnika, z gwiazdami Dawida na rękawach, szli do pracy w laboratorium. Ich kilkunastoletnia wówczas córka Felicja znalazła schronienie w przyległym do instytutu ogrodzie botanicznym. Cała rodzina przeżyła wojnę, choć na dwa lata została rozłączona: Henryk i Paula trafili w 1943 roku do Auschwitz, gdzie także pracowali nad produkcją szczepionki na tyfus, Felicja zaś ukrywała się w kilkunastu różnych miejscach, m.in. w sierocińcu prowadzonym przez siostry zakonne. Po wojnie poszła w ślady rodziców i została uznaną specjalistką w dziedzinie bakteriologii oraz badań nad beztlenowcami. Jeśli chcecie uzyskać o niej więcej informacji, to szukajcie profesor Felicji Meisel-Mikołajczyk (1927–2012). Wśród bakteriologów, laborantów i karmicieli wszy u Weigla było jeszcze kilkanaście osób pochodzenia żydowskiego.

Nadwyżki z produkcji szczepionki trafiały do getta we Lwowie, a potem do getta warszawskiego – przemycał je tam jeden z najbliższych współpracowników Weigla Henryk Mosing, a odbierał przebywający w getcie profesor Ludwik Hirszfeld, wybitny polski immunolog. 

A co łączy poetę Zbigniewa Herberta, matematyka Stefana Banacha, dyrygenta i kompozytora Stanisława Skrowaczewskiego, pisarza Mirosława Żuławskiego (ojca reżysera Andrzeja Żuławskiego) i geografa Alfreda Jahna? Na pewno dwie rzeczy: wszyscy byli wybitni w swoich dziedzinach, dzięki czemu ich nazwiska stały się znane także poza granicami Polski. A poza tym wszyscy karmili wszy w Instytucie Weigla wraz z setkami innych akademików i uczonych, uczestników tajnych kompletów i ich nauczycieli oraz członków Armii Krajowej. Wacław Szybalski wspomina, że dla matematyków ze słynnej lwowskiej szkoły matematycznej siedzenie z przypasanymi do ud klateczkami z wszami było dobrym pretekstem do tego, by podyskutować, i ujmuje to tak: „Było to bardzo stymulujące intelektualnie, lecz jakże w gruncie rzeczy surrealistyczne: słuchać ich długich dyskusji o granicach matematycznych, elementach topologii i przestrzeni […], teorii liczb – podczas karmienia wszy”. Trzeba było zatem pilnować, by w ferworze dyskusji nie zapomnieli, że po góra 45 minutach trzeba zakończyć karmienie, w przeciwnym razie wszy, bidulki, pękłyby z przejedzenia.

Nagroda Nobla – nie dla Weigla

W dwudziestoleciu międzywojennym nazwisko Weigla przeszło 70 razy pojawiało się wśród nominowanych do Nagrody Nobla. W 1942 roku nagroda dla profesora była już pewna, lecz jej przyznanie zablokowali Niemcy – tak zemścili się za niepodpisanie volkslisty. Tuż po wojnie Weigl trafił do Krakowa, gdzie kontynuował pracę badawczą na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1948 roku Nagrodę Nobla kolejny raz miał zagwarantowaną, lecz ponownie jej nie otrzymał. Kilku profesorów UJ oskarżyło go o… kolaborację z niemieckim okupantem, a władze komunistyczne, podchwyciwszy pomówienie, wycofały poparcie dla jego kandydatury do nagrody.

Właściwie to nie wiem, jak zakończyć ten artykuł.  Zostawiam was z tą historią – oceńcie ją sami. Może jeszcze tylko dla porządku dodam, że w 2003 roku profesor został pośmiertnie odznaczony medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Jego dzieło zostało ocalone od zapomnienia przez tych, którzy dzięki niemu przeżyli wojnę i swoje świadectwo przekazywali dalej. Dzisiaj to do nas, współczesnych, należy utrwalanie i pielęgnowanie tego pięknego, niezwykle chlubnego rozdziału historii polskiej i światowej nauki.

Ten artykuł pochodzi z mojej najnowszej książki pt. "A teraz będzie co nieco o naszych w nauce". 





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

  Monowarstwy, niewidzialne szkło i inne potrzebne wynalazki Podczas studiów fizycznych na MIT (Masaachussetts Institute of Technology) Katharine Blodgett (1932 – 2016) poznała fizyka eksperymentalnego Alistaira Hugh Gebbie. Wedle jej własnych słów Alistair „z jakichś niewiadomych powodów” chciał się z nią ożenić.  No i poprosił ją o rękę. Był rok 1957, a Katherine chyba mocno wyprzedzała swoje czasy, bo w odpowiedzi na oświadczyny przeprowadziła z narzeczonym taką oto rozmowę: - No cóż, moja odpowiedź brzmi „nie”, bo mam mnóstwo innych planów. - A jakich? - Chciałabym studiować astronomię w Londynie, a potem chcę zrobić doktorat. - Wyjdź za mnie, to zrealizujesz wszystkie te zamierzenia. No i wyszła za Alistaira, i zrealizowała to, co sobie zaplanowała. Nie dość, że została uznaną astrofizyczką, to jeszcze wyjątkowo skuteczną dyrektorką kilku instytutów naukowych, m.in. Laboratorium Pomiarów Fizycznych (Physical Measurement Laboratory) i National Institute of Standards...

Wywiad z Jocelyn Bell Burnell /Interview with Jocelyn Bell Burnell

W 1967 roku astrofizyczka Jocelyn Bell Burnell odkryła pierwsze cztery pulsary, wówczas jeszcze nieznane obiekty astronomiczne. Pulsar to bardzo gęsta, wysoce zmagnetyzowana, rotująca gwiazda neutronowa (lub biały karzeł), która w regularnych odstępach czasu emituje wiązkę promieniowania elektromagnetycznego (zazwyczaj są to fale radiowe). Pulsary odegrały bardzo ważną rolę w innych przełomowych odkryciach – np. w latach 70.XX wieku podwójny układ pulsarów dostarczył pierwszego pośredniego dowodu na istnienie fal grawitacyjnych, a w 1991 polski astronom, Aleksander Wolszczan oraz kanadyjski astronom, Dale Frail odkryli pierwsze trzy planety pozasłoneczne krążące wokół pulsara. A jak to było z tymi falami grawitacyjnymi? W sformułowanej pod koniec 1915 roku ogólnej teorii względności Albert Einstein zawarł taki oto postulat: opisana przez sir Newtona grawitacja jest konsekwencją zakrzywienia czasoprzestrzeni. Czas i przestrzeń są ze sobą ściśle związane i tworzą czterowymiarową struktur...
Jan Czochralski (1885–1953) – fascynujący świat metali   To będzie rozdział o metalach, o pociągach i łożyskach. I monokryształach, niezbędnych w elektronice. I o człowieku – wielkim polskim naukowcu, który do dzisiaj pozostaje najczęściej cytowanym polskim uczonym w międzynarodowych publikacjach naukowych i o którym my, współcześni Polacy, wiemy zawstydzająco mało. Kilka słów wstępu, czyli po co nam metale Niezwykle trudno przecenić znaczenie metali oraz ich stopów dla postępu technicznego i życia codziennego. Większość pierwiastków w układzie okresowym to właśnie metale. Wśród ich najpowszechniejszych właściwości należy wymienić charakterystyczny połysk, ciągliwość i kowalność, a także dobre przewodnictwo cieplne i elektryczne (w tym ostatnim przodują miedź, srebro i aluminium). Tutaj mała dygresja, skoro wspomniałam o aluminium: prawidłową polską nazwą czystego pierwiastka jest glin, aluminium to określenie używane w technice i odnosi się do stopów glinu z innymi metalami. Z pow...