Jan Czochralski (1885–1953) – fascynujący świat metali
To będzie rozdział o metalach, o
pociągach i łożyskach. I monokryształach, niezbędnych w elektronice. I o
człowieku – wielkim polskim naukowcu, który do dzisiaj pozostaje najczęściej
cytowanym polskim uczonym w międzynarodowych publikacjach naukowych i o którym
my, współcześni Polacy, wiemy zawstydzająco mało.
Kilka słów wstępu, czyli po co nam
metale
Niezwykle trudno przecenić znaczenie
metali oraz ich stopów dla postępu technicznego i życia codziennego. Większość
pierwiastków w układzie okresowym to właśnie metale. Wśród ich
najpowszechniejszych właściwości należy wymienić charakterystyczny połysk,
ciągliwość i kowalność, a także dobre przewodnictwo cieplne i elektryczne (w
tym ostatnim przodują miedź, srebro i aluminium). Tutaj mała dygresja, skoro
wspomniałam o aluminium: prawidłową polską nazwą czystego pierwiastka jest
glin, aluminium to określenie używane w technice i odnosi się do stopów glinu z
innymi metalami. Z powodu swoich bardzo dobrych własności mechanicznych –
wytrzymałości na działanie rozmaitych obciążeń – metale są, i pewnie jeszcze
długo będą, powszechnie wykorzystywane do produkcji niezliczonych rodzajów
maszyn, urządzeń, elementów konstrukcyjnych i elektronicznych.
Znakomita większość metali występuje w przyrodzie w postaci związków chemicznych: tlenków, węglanów, wodorotlenków, siarczków. Minerały, z których otrzymuje się metale w ich czystej postaci, to rudy. Nad technikami obróbki rud metali ludzie głowili się już ładnych kilka tysiącleci p.n.e., i to z niezłym skutkiem – w epoce brązu, która nastąpiła po epoce kamienia, na niektórych terenach, np. w obszarze Morza Egejskiego, umiejętność obróbki metali ludzie opanowali w III tysiącleciu p.n.e. Już wówczas metale, takie jak miedź, cyna, ołów, złoto czy srebro, służyły im do wyrobu przeróżnych przyrządów: naczyń, dłut, młotów, noży oraz ozdób. Surowcem powszechnie stosowanym mniej więcej do I tysiąclecia p.n.e. był brąz – stop miedzi z cyną. Po epoce brązu nastała epoka żelaza – metalu, który bezsprzecznie odegrał najważniejszą rolę w rozwoju współczesnej cywilizacji.
Jeśli chcielibyśmy sobie wykuć jakieś
zgrabne narzędzie żelazne, to przy odrobinie szczęścia moglibyśmy zdobyć potrzebny
surowiec bez wieloetapowego i pracochłonnego procesu wydobycia odpowiedniej
ilości rudy, a następnie wypalania jej w ogromnych piecach hutniczych, by
pozyskać czysty metal. Wystarczyłoby znaleźć sobie żelazny meteoryt, kawałek
meteoroidu lub planetoidy, które w kosmosie zderzyły się z innym ciałem
niebieskim, uległy fragmentacji i w kawałkach zdołały dotrzeć na Ziemię.
Zazwyczaj jednak musimy polegać na rudach oraz ich dość skomplikowanej obróbce.
Do wyboru mamy co najmniej kilka minerałów, m.in. hematyt, magnetyt, limonit
oraz syderyt. W hucie ruda żelaza jest wypalana wraz z węglem w ogromnym piecu.
Minerały, które stanowią zanieczyszczenia rudy – takie jak kwarc czy dolomit –
po stopieniu oddzielają się od niej i są usuwane z pieca w postaci szklistej
masy zwanej żużlem. Pod koniec tego procesu ruda przekształca się w surówkę
hutniczą – stop żelaza z węglem, krzemem, manganem, fosforem i siarką – która
po ponownym przetopieniu przerabiana jest na żeliwo i stal. To pierwsze
charakteryzuje się dużą zawartością węgla i jest najtańszym wytwarzanym
współcześnie metalem żelaznym. Zajrzyjcie do swoich szafek w kuchni – sądzę, że
większość z nas ma w kuchni przynajmniej jeden żeliwny garnek lub patelnię.
Aby otrzymać najbardziej pożądany rodzaj
materiału żelaznego, czyli stal, musimy usunąć z surówki jak największą ilość
węgla oraz innych, wspomnianych powyżej domieszek. Stal to zatem stop żelaza z
węglem, przy czym tego drugiego są w niej śladowe ilości – maksymalnie 2,1
procenta. Śladowe, ale niezwykle ważne – żelazo w czystej postaci jest miękkie i
plastyczne, a to sprawia, że nie nadaje się do produkcji przedmiotów. Co innego
mieszanka żelaza z węglem – ta, w zależności od proporcji poszczególnych
składników, może osiągać nawet 1000 razy większą twardość niż czyste żelazo. To
nie koniec opowieści o stali i jej właściwościach – domieszka wanadu lub
molibdenu czyni stal lżejszą i zarazem wytrzymalszą; chrom to dodatek, dzięki
któremu zwiększymy odporność stali na rdzewienie, a niewielka ilość manganu
podniesie jej sprężystość i wytrzymałość.
Piekielnie zdolny buntownik
Urodził się w miasteczku Kcynia, leżącym
między Poznaniem a Bydgoszczą. W szkole dość często kłócił się z nauczycielami,
bo uważał, że wystawiają mu zaniżone oceny. To przekonanie towarzyszyło mu
zresztą do samego końca szkoły średniej, a w dniu rozdania świadectw
maturalnych ponoć swój egzemplarz podarł. W wieku 19 lat przebojowy młodzieniec
opuścił rodzinne miasteczko i obiecał sobie, że powróci tam dopiero wtedy,
kiedy stanie się sławny.
Wyjechał do Berlina, gdzie najpierw
przez dwa lata pracował jako aptekarz, a następnie zatrudnił się w fabryce
kabli. Swój czas dzielił między pracę a uczęszczanie na wykłady z chemii na
politechnice w Charlottenburgu jako wolny słuchacz. W 1910 roku, według
niektórych źródeł, uzyskał na tej uczelni dyplom inżyniera chemika, a już sześć
lat później dokonał swojego najsłynniejszego odkrycia – metody pomiaru
szybkości krystalizacji metali, nazwanej jego imieniem. Według popularnej
anegdoty doszło do tego pewnego wieczora, kiedy pochłonięty pracą Czochralski
przez roztargnienie zamiast w kałamarzu zamoczył swoje pióro w tygielku z
roztopioną cyną. Kiedy wyjął z niego stalówkę, wyciągnął za nią cieniutką
metaliczną nić. I ten niepozorny cynowy drucik, który wielu innych ludzi
zapewne by zignorowało, przykuł jego uwagę. Jako były aptekarz i wytrawny
chemik najpewniej dostrzegł w tej sytuacji ciekawą analogię z pomiarem
czystości błyszczącej, tłuściutkiej wazeliny, powszechnego w tamtych czasach
składnika leków. Dobrą wazelinę od kiepskiej wprawni farmaceuci odróżniali po
tym, że tę dobrą można było „wyciągać w nitki”. Swoją cynową nitkę, a potem
także druciki innych stopów, młody Czochralski bardzo wnikliwie badał (m.in.
przy użyciu promieni rentgenowskich) i dostrzegł, że mają one szczególne
właściwości – są monokryształami, co oznacza, że atomy metalu, które je budują,
są ułożone według ściśle określonego porządku w całej objętości. W swojej pracy
na ten temat opisał metodę produkcji monokryształów przez wyciąganie, do
dzisiaj zwaną metodą Czochralskiego. Od 1948 roku zaczęto ją stosować do
uzyskiwania monokryształów półprzewodników, najpierw germanu, a potem krzemu,
który w tej ultraczystej formie służy do produkcji tranzystorów.
To jeszcze nie koniec!
W 1917 roku Czochralski przeniósł się do
Frankfurtu nad Menem, a tam jako kierownik laboratorium metaloznawczego
kontynuował twórczą pracę badawczą nad metalami. Wraz z zespołem szukał nowych
stopów do produkcji łożysk ślizgowych – nałożone na Niemcy tuż po I wojnie
światowej embargo obejmowało m.in. cynę, trzeba było zatem znaleźć materiał
niezawierający tego metalu. Spod rąk Czochralskiego wyszedł bezcynowy stop
łożyskowy, zwany metalem B, opatentowany w 1924 roku. Metal B, w którym
niedostępną cynę zastąpiono ołowiem, był materiałem tak innowacyjnym, że
patenty na jego produkcję wykupiły linie kolejowe nie tylko z Niemiec, lecz
także z innych państw, takich jak USA, Francja, Anglia czy ZSRR. I tutaj
kolejna mała dygresja, bo pewnie jesteście bardzo ciekawi, dlaczego właściwie
ten stop był taki innowacyjny. Biograf Jana Czochralskiego Paweł Tomaszewski
ilustruje odkrywczość jego wynalazku smakowitym porównaniem do czekolady z
orzechami. Stop bowiem z jednej strony musiał być miękki, by dobrze smarował oś
wagonu, a z drugiej – twardy, odporny na szybkie zużycie. Rolę twardych
„orzechów” odgrywały w nim odpowiednie domieszki takich metali, jak wapń, sód,
lit i glin, które tworzyły drobne kryształki w masie ołowianej stopu.
Dzięki swojemu wynalazkowi Jan
Czochralski stał się bardzo bogaty, sławny i ceniony na świecie – intratną
posadę zaproponował mu nie kto inny, jak Henry Ford, który w swoich zakładach w
Detroit chciał zgromadzić najtęższe umysły inżynierskie. Propozycję Czochralski
odrzucił, ponieważ mniej więcej w tym samym czasie, w połowie lat 20., o jego
powrót do odrodzonej Polski zabiegał ówczesny prezydent Ignacy Mościcki, który
sam także był chemikiem i uznanym naukowcem. W 1928 roku Czochralski powrócił
do Polski i objął Katedrę Metalurgii i Materiałoznawstwa na Wydziale Chemicznym
Politechniki Warszawskiej. Zamieszkał w pięknej, dużej willi, w której urządził
salon literacki i kolekcjonował dzieła sztuki. Fundował stypendia dla
studentów, współfinansował rekonstrukcję dworku Chopina w Żelazowej Woli,
wykopaliska w Biskupinie oraz prace odkrywkowe ropy w rejonie rodzinnej Kcyni.
Zawodowe i finansowe sukcesy Czochralskiego niektórych kłuły
w oczy. Witold Broniewski, jeden z jego akademickich kolegów, oskarżał go o
sabotaż na rzecz Niemiec. Wygodnym argumentem przeciw Czochralskiemu był fakt,
że oprócz polskiego posiadał on również obywatelstwo niemieckie. Wprawdzie
zrzekł się go z chwilą, gdy podjął decyzję o powrocie do Polski, nie uznały
tego jednak władze
niemieckie. Sprawa rzekomego sabotażu została rozstrzygnięta w sądzie w 1934
roku na korzyść Jana Czochralskiego. Broniewski został skazany na dwa miesiące
więzienia w zawieszeniu i 500 złotych grzywny za zniesławienie. To zwycięstwo
przysporzyło Czochralskiemu co najmniej kilku nowych antagonistów w środowisku
akademickim…
Kiedy w 1939 roku wybuchła II wojna światowa, w porozumieniu z konspiracyjnymi władzami Politechniki Warszawskiej i za zgodą Niemców w miejsce Instytutu Metalurgii Czochralski utworzył Zakład Badań Materiałów. Miał on wykonywać zlecenia dla niemieckiego przemysłu (wytwarzano tam m.in. części do samochodów i motocykli Wehrmachtu), lecz wkrótce nawiązał też współpracę z Armią Krajową. Jako kierownik zakładu Czochralski zdołał uchronić cenną aparaturę przed wywiezieniem do Niemiec, zatrudniał też pracowników naukowych politechniki. Dzięki jego staraniom i znajomościom co najmniej dwóch pracowników uczelni zostało zwolnionych z obozów koncentracyjnych, a kolejnych 30 uczony wydostał z aresztów Gestapo. W zakładzie pracowali także żołnierze Armii Krajowej, a jego linię produkcyjną wykorzystywano do produkcji sprzętu dla AK, m.in. moździerzy i granatów oraz części do maszyn drukarskich. Kiedy upadło powstanie warszawskie, profesor wywiózł ze stolicy sprzęt badawczy z dawnego Instytutu Metalurgii i Metaloznawstwa. Wrócił on na Politechnikę Warszawską po wojnie.
Zapomniany geniusz
Władze komunistyczne powojennej Polski
uznały Czochralskiego za niemieckiego agenta i przez kilka miesięcy więziono go
w Piotrkowie Trybunalskim za rzekomą współpracę z okupantem. W sierpniu 1945
roku uczony został uniewinniony przez sąd w Łodzi i odzyskał wolność. Mimo to
do pracy naukowej i dydaktycznej na Politechnice Warszawskiej nie powrócił już
nigdy – senat uczelni podjął decyzję o wykluczeniu go z grona profesorów. Za
współpracę z Armią Krajową w Polsce czasów stalinowskich groziły mu represje i
ponowne kilkuletnie więzienie, więc obrona jego dobrego imienia nie była
możliwa. Jan Czochralski wrócił więc do rodzinnej Kcyni, gdzie założył BION,
małą fabryczkę produkującą m.in. pasty do butów i płyny do trwałej ondulacji.
Sztandarowym produktem wytwarzanym w zakładzie według autorskiej receptury
Czochralskiego był „proszek od kataru z Gołąbkiem” – mieszanka, w skład której
wchodziły m.in. korzeń złocienia, kłącze kopytnika, ziele nostrzyka żółtego,
kwiat kocanki piaskowej, kwas salicylowy i liść eukaliptusa. Dla pasjonatów bądź
ekspertów w dziedzinie botaniki farmaceutycznej i zielarstwa wymienione
składniki brzmią znajomo, dla laika – czyli m.in. dla mnie – to niewiele
mówiące nazwy. Wystarczy jednak zajrzeć do internetu, by przekonać się, że taki
np. nostrzyk żółty rośnie sobie w najlepsze na wielu polskich łąkach lub
leśnych przydrożach i każdy z nas wielokrotnie się na niego natknął. Proszek od
kataru aplikowało się jak tabakę, czyli wciągało głęboko do nosa – wieść głosi,
że nie było wówczas skuteczniejszego lekarstwa na katar. Dobór składników
proszku do dziś budzi uznanie farmaceutów, jednak muszę od razu uprzedzić: nie
biegnijcie do apteki - odtworzenie tej receptury nie jest obecnie możliwe,
ponieważ według współczesnych badań naukowych jeden ze składników proszku, kopytnik
pospolity, wykazuje działanie rakotwórcze, zaś wspomniany wcześniej nostrzyk
może uszkadzać wątrobę.
Firma BION błyskawicznie się rozwijała.
I trudno się dziwić, bo oferowała produkty codziennego użytku bardzo wysokiej
jakości. Z tak błyskotliwym umysłem i smykałką do biznesu dzisiaj można zrobić
oszałamiającą karierę, lecz polityczna rzeczywistość lat 40. i 50. w Polce
takim ludziom nie sprzyjała. Przedsiębiorcza działalność profesora ponownie
wzbudziła podejrzliwość władzy ludowej. 22 kwietnia 1953 roku, podczas
brutalnej rewizji Urzędu Bezpieczeństwa w jego willi w Kcyni, Jan Czochralski
doznał rozległego zawału serca i wkrótce potem zmarł.
A co było potem? Rok po śmierci
Czochralskiego zespół naukowców z Teksasu użył jego metody do wyhodowania monokryształów
krzemu na potrzeby tranzystorów. Natomiast w Polsce przez kolejne
dziesięciolecia jego nazwisko i dokonania nie figurowały nawet w
encyklopediach. W 2011 roku, po zbadaniu licznych dokumentów świadczących o
współpracy profesora z Armią Krajową, m.in. jego meldunków do Komendy Głównej
AK, senat Politechniki Warszawskiej ogłosił jego rehabilitację. Dopiero w 2011
roku…
Dobrze się stało, że Jan Czochralski
odzyskał należny mu szacunek, a dzisiaj można o nim poczytać w rozmaitych
opracowaniach. Nie do końca wiem – i tutaj na pewno się powtórzę – jak opisać
moje odczucia wobec faktu, że człowiek tak zasłużony dla polskiej i światowej
nauki oraz dla swoich rodaków tak długo pozostawał zapomniany w swoim kraju.
Jak mówi powiedzenie, lepiej późno niż wcale, ale…, zresztą sami oceńcie. Niech
osoba Jana Czochralskiego i jego dokonania staną się inspiracją nie tylko dla
tych, którzy już teraz żywo interesują się chemią i lubią sobie czasem coś
pomieszać.
Maleńki bonus, czyli jak się robi monokryształy
krzemu
W ciałach stałych atomy zajmują stałą i
bardzo bliską pozycję w stosunku do swoich sąsiadów i nie przemieszczają się
względem siebie. Jeśli atomy ustawione są w ściśle uporządkowaną, regularną
strukturę, tworzą tzw. sieć krystaliczną. A jeśli to uporządkowanie jest
identyczne w całej objętości bryły i jeśli nie wykazuje ona żadnych zrostów,
pęknięć oraz zanieczyszczeń, mamy do czynienia z monokryształem. Tranzystory i
inne elementy niezbędne do działania urządzeń elektronicznych wykonane są z
tzw. półprzewodników, najczęściej z krzemu. W urządzeniach elektronicznych
krzem wykorzystuje się tylko w postaci monokryształów, które do dzisiaj
wytwarza się metodą Czochralskiego. Oczywiście nie da się tego zrobić w domu,
ale sądzę, że warto wiedzieć, jak – w dużym skrócie – przebiega ten proces:
1.
W
specjalnym piecu umieszczamy tygiel wykonany z krzemionki.
2.
Topimy
polikrystaliczny krzem, a kiedy już zamieni się w ciecz, z jego powierzchnią
stykamy cienki pręt z monokryształu krzemu – to tzw. zarodek kryształu.
3.
Wokół
pręta stopniowo osadzają się atomy cieczy – zaczyna się wzrost kryształu.
4.
Pręt
jest stopniowo wyciągany i obracany w miarę wzrostu monokryształu.
W całym procesie ważna jest szybkość
wyciągania i obracania pręta, a także panujące w piecu ciśnienie i temperatura.
Monokryształy krzemu produkowane metodą Czochralskiego mogą mierzyć nawet ponad
dwa metry długości, mieć średnicę wynoszącą około pół metra i ważyć grubo ponad
200 kilogramów. A co dalej? Wyhodowanemu kryształowi nadaje się postać walca, a
następnie tnie na cieniutkie płytki. I właśnie one są materiałem do budowy
urządzeń elektronicznych.
P.S. Ten wpis powstał na podstawie rozdziału poświęconego Janowi Czochralskiemu w mojej najnowszej książce:
A następny wpis nie może być o niczym innym, jak o pierwszych tranzystorach :-)





Komentarze
Prześlij komentarz